Do uszu spieszącego przez podwórko przechodnia, z jednego z zakamarków dobiegła następująca rozmowa: Idę na obiad – poinformował uczestnik „tajnej” narady. Dziś piątek, to pewnikiem będzie naworka. Cóż to za potrawa – zapytała koleżanka, której rodziców do tej pory mieszkających pod Łodzią sprowadziła praca w kopalni. Nie wiesz?

Mama wrzuca kluski na mleko i chwilę gotuje. Chyba będziesz jadł nawarkę – poprawiła kolegę, jednocześnie zwierzyła się, że ona na obiad dostanie pampuchy. Ponieważ niepewność pojawiła się na licu młodzieńca, stąd rówieśnica wyjaśniła – to takie kluski gotowane na parze.

To mów po naszemu, że będziesz jadła pyzy, a nie jakieś pampuchy – sprostował obywatel w krótkich majteczkach. Zatem u jednych jadano kopytka, a u innych szagówki.

Były domostwa, że żur wzbogacano tłuszczem, a w innych okraszano myrdyrom. Zdarzało się, że głodnemu młodzieńcowi zalewajkę na talerz gichnięto chochlą, a innym razem nalano łyżką wazową. Koleżanka, wykazująca wrażliwość „wyglądem” potraw prosiła mamę, by ta usunęła fafuły, natomiast jej rówieśnica życzyła sobie zniknięcia z zupy mętów.

Każdy z rodziców za punkt honoru brał, by ich pociecha nie wyglądała jak fleja, stąd sugerowali brak upyplania – czytaj ubrudzenia przy jedzeniu. Różnorodność słowna powodowała, że jedni z oporem…. jedli gzik ze sznytlochem, albo redyską, a inni „siedli i milczkiem żwawo jedli” biały ser wzbogacany szczypiorkiem, czy rzodkiewką.

Gdy na sąsiedniej posesji degustowano się zupą karbolową, to tuż za płotem już jadano zupę dyniową. Hipotetyczny młodzieniec niczym na skrzydłach biegł do szkoły bowiem był pewien, że w tornistrze znajdzie spakowaną sznekę z glancem, w zamian jego kolega radował podniebienie drożdżówką z lukrem.

Często … z powodów „czasowych”, rojber na miejsce zabawy przynosił plyndze posypane cukrem, drugi przytaśtał bliny, w zamian trzeci placki ziemniaczane. Zapewniam, że szamali to samo!!!

Wiosną, dzięki nowalijkom koleżanki opowiadały o upitraszonej przez babcię zupie rumpuciowej, a rówieśniczki nad opowiadaną przedkładały ugotowaną zupę jarzynową. Mawiano: nie zna życia ten, co nie służył w marynarce. Pozwolę sobie zanegować powiedzenie, bowiem nie wie ile stracił ten, co nie jadł uchechłanej knypem sznytki chleba z ciepniętą na nią leberką – chyba… , że łaskotał podniebienie ukrojoną nożem kromkę chleba z położoną na niej pasztetową.

Często wygłodniały i stąd z niepokojem szwendający się po kuchni młodzieniec spytał mamę: – co za żybura pływa w zlewie? Rodzicielka przezorna, by jej dom nie dostał się języki, kwitowała – to nie żybura synu, lecz szumowiny zebrane z rosołu.

Carpe diem…, zatem czekająca na uczestników gra w państwa- miasta powodowała, że spieszący tylko chapsnął kęs chabasu i wybiegł, natomiast jego kolega ugryzł kawałek mięsa i dopiero wówczas udał się na miejsce zabawy. Nadchodził też czas, gdy koleżanka wspominała: wczoraj były imieniny Mamy i jadłam galart.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać, bowiem większość dzieci uwielbiała galaretkę mięsną… chociaż zdarzało się, że zamiast trzęsionki woleli zimne nóżki. Późnym latem, dzieci chwaliły się rozwieszonym na sznurkach zebranymi własnoręcznie betkami.

Choć zdarzali się mieszkańcy zamiast sami zbierać kupowali suszone grzyby na targu. Mawiać można różnie, lecz summa summarum najważniejszym dla opiekunów było, by ich maluda albo szczun nie wyglądał jak mrzygłód.

Co prawda zdarzali się i tacy, co martwili się, by ich dziecko nie nosiło znamion chudego. Oj… „jadowite” wspomnienia tak mnie opadły, że pójdę do lodówki, by wciepić amerykana, albo bonbona, co pozwoli na znoranie mojego wnętrza.

Tadeusz Kowalczykiewicz