Rozmawiając o historii zwykliśmy podpierać się tylko „wybranymi” wydarzeniami, podobnie datami…. Mój Tato mawiał: ludzie znani są zapisani w księgach, a tacy, jak my żyjemy w pamięci bliskich i znajomych. Dzień Święta Zmarłych, jak każdego roku wprowadza mnie w sentymentalny nastrój, stąd wspomniałem kolegów rezydujących już po tamtej stronie. Dzieciństwo, podobnie młodość spędzaliśmy wspólnie, stając się maleńkimi puzzlami wpisanymi w otaczającą nas rzeczywistość. W retrospekcjach skierowanych na odczuciach w większości anegdotycznych, a związanych z muzyką zatrzymam się na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

Wówczas w późno wiosenne, podobnie letnie wieczory w towarzystwie „tranzystora” często zajmowaliśmy miejsce na drewnianym ganku okalającym jedno z podwórek. Ta nieco myląca nazwa „tranzystor” odnosiła się do przenośnego radia na baterie. Dzięki „cudowi” techniki słuchając „Radia Luxemburg” udawało się sięgać eterem za „żelazną kurtynę”. Chociaż w tym wypadku „słuchanie” wydaje się określeniem nazbyt wygórowanym, bowiem muzyka z radioodbiornika docierała do nas w systemie „falowym”. Co oznaczało, że przekaz dobiegał bardzo niewyraźnie, a w większości cichł lub całkowicie zanikał. Potok wypowiadanych przez prezentera z szybkością karabinu maszynowego słów po angielsku, plus trudności w odbiorze stanowiły składową „słuchania”. W moim przypadku wręcz perfekcyjna znajomość języka angielskiego spowodowała, iż przez ułamek czasu stałem się fanem zespołu „Argentina”. Tu kłaniam się tolerancyjności kolegów, bowiem okazało się, że nazwa zespołu nijak nie odnosiła się do państwa z kontynentu południowoamerykańskiego, a brzmiała: „Ike & Tina Turner”. Brak „poprawnego” odbioru audycji, wspomagana indolencją językową kreślącego wspomnienia kładła się przeszkodą w odbiorze „Radia Luxemburg”. Oprócz nadmienionych przeszkód raz zaszczyciła nas czujność osobnika wzbogaconego w troskę o „prawidłowy oraz właściwy” odbiór otaczającej nas rzeczywistości. Troskliwemu wydało się, że nas przydybał, stąd podniesionym głosem wyraził niesmak: – tacy młodzi, a już Wolnej Europy zachciewa się słuchać!!!

Byliśmy jeszcze pokoleniem z należną pokorą przyjmujący nawet najg… tyradę „starszych”, stąd kolega beznamiętnym głosem odpowiedział: nie „Wolnej Europy”, lecz „Radia Luxemburg” – słuchamy. Ponieważ od wieków jest wiadomym, że pewni ludzie zawsze muszą mieć rację, stąd „czujny” skwitował: acha… czyli muzyki szarpidrutów.

Życie toczyło się dalej i w jeden z wrześniowych dni 1969 roku do swego domu zaprosił nas kolega. Pełen dumy uruchomił magnetofon i… popłynęła muzyka obecna na festiwalu „Woodstock”. Ponieważ wszelkie „zakazane” – zatem niestosowne wydarzenia z „wrogiego” obozu docierały do nas z opóźnieniem, stąd doznaliśmy szoku, bowiem festiwal odbył się w sierpniu, a on w miesiąc po „miał go” na taśmie. Stąd gitarowa interpretacja hymnu Stanów Zjednoczonych, podobnie utwór „Hey Joe”- Jimiego Hendrixa, kolejno Mercedes Benz – Janis Joplin, wirtuozeria Santany, oraz wielu innych, brzmiała tu i teraz…. W rok po naszym spotkaniu w wieku 28 lat umarł Jimi Hendrix. Jeden z kolegów „włóczących” się w murach morzysławskigo liceum zaproponował zbiórkę na mszę za duszę nadmienionego muzyka. Chętnych okazało się bardzo dużo, a „monetowe datki” wrzucano do woreczka po papciach…, tak…, tak, do woreczka po papciach, bowiem przed przeszło półwieku temu, po szkolnych korytarzach chodziło się w tym obuwiu. Kolejno zebraną mamonę zaniesiono do kancelarii kościelnej. Obraz zdziwienia kapłana otrzymującego woreczek wypełniony pieniędzmi pominę. W zeszycie kancelaryjnym zakonotował intencję: za duszę Jimi Hendrixa, następnie wyznaczył datę, podobnie godzinę. Ku zaskoczeniu organizatorów zbiórki, podobnie kapłanów tego dnia świątynia pod wezwaniem św. Wojciecha w Morzysławiu wypełniła się po brzegi młodzieżą. Ksiądz wymienił cztery nazwiska, za które będzie odprawiona msza, a jedno z nich brzmiało: za duszę Henryka Dżimi…

Gdzie te czasy… gdzie te obyczaje…., bowiem wówczas tylko bardzo, ale…, to bardzo wyczulony słuch mógł usłyszeć lub dostrzec na twarzach rozbawienie wynikłe z lapsusu słownego księdza. Szacun Kochani…. !!!!!

Podczas auto-stopowych wojaży zawsze planowaliśmy wizytę w Świnoujściu w czas Festiwalu Akademickiego Fama. Co prawda wejście na teren festiwalu, czytaj „Kawiarni Parkowej” i otaczającego ją placu – oprócz mamony wymagało posiadania legitymacji studenckiej, to jednak w każdym płocie znajdzie się dziura…. Podobno muzyka łagodzi obyczaje, jednakże w zdarzeniu, do którego powrócę wręcz obnażyła naszą małostkowość. Świnoujście, lipiec, późny wieczór, raczej noc 1970 roku, a kolega i ja wracamy na pole namiotowe. W pewnym momencie niebo pokryło się błyskawicami i o glebę, bardziej bruk, zaczęły bębnić krople deszczu. Powodem zaistniałej sytuacji schroniliśmy się w jednej z bram. Na podobny pomysł wpadła jakaś para wraz z dzieckiem. Bezpieczni przed zmoczeniem, gdy już wzrok przyzwyczaił się do ciemności, a wisząca u sufitu żarówka pozwalała dostrzec twarze spojrzeliśmy na wspólników niedoli i… zaniemówiliśmy, gdyż chroniącymi się przed deszczem byli: – Mira Kubasińska, Tadeusz Nalepa i ich syn, domniemam w wieku sześć – siedem lat. Jednakże nie wirtuozeria muzyczna leaderów zespołu Breakout stały się powodem wprowadzenia nas w niemotę, lecz odzienie malca. Patrzyliśmy na jego ubiór niczym na coś nieosiągalnego, bowiem ubrano go w komplet dżinsowy marki „Lee”. Dla młodszego o półwieku Czytelnika w tej informacji nie będzie żadnego zaskoczenia, ba jego mina będzie bardziej wyrażała politowanie. Natomiast dla nas to był szok. W roku 1970 posiadanie oryginalnych jeansów dla przeciętnego młodzieńca równało się sięgnięciem do gwiazd. W tamtym czasie tylko marynarze, podobnie pracujący na kontraktach zagranicznych oraz ich rodziny mogli przywieźć lub dokonać zakupu tego typu rarytasów w „Baltonie”. Podobnymi szczęśliwcami byli posiadający rodziny po „zachodniej” stronie. Oczywiście można było dokonać zakupu na „czarnym rynku”, lecz cena ze względu na kurs dolara powalała. W zamian reszta gawiedzi, podobnych do niżej podpisanego szukała płócien żaglowych lub tego typu podobnych, by kolejno wprawne ręce krawcowej lub krawca wyczarowały modne wówczas dzwony…. Tego wieczoru, mroczna sień, my i młodzieniec odziany w komplet jeansów. Może to wynik mroku, a może deszcz… stąd nie przewidywaliśmy, że za dwa lata zaświeci słońce w postaci sieci sklepów Pewex i wówczas i o jeansy będzie łatwiej. CDN….

Tadeusz Kowalczykiewicz