W czas wakacyjnych wędrówek koniecznym była „wizytacja” kawiarni Non- Stop w Sopocie notabene pierwszej dyskoteki w Polsce. Wokół nadmienionego miejsca – opodal przy przystanku „SKM Wyścigi Konne” rozciągał się drewniany parkan. O ile nie udało się znaleźć w środku, to stojąc na zewnątrz docierały do nas dźwięki muzyki. Wręcz wypada dodać, że nadmienione rejony znajdowały się pod szczególną troską funkcjonariuszy MO. Były to czasy, że obywatel niezależnie od miejsca, podobnie czasu, musiał posiadać przy sobie dokument stwierdzający jego tożsamość. Jednego razu podszedł do nas patrol milicyjny prosząc o dokumenty. Wyjęliśmy legitymacje szkolne i po uważnej kontroli je nam zwrócono. Kolejno jeden z kontrolujących odwołał moją skromna osobę na bok i wręcz konfidencjonalnym głosem perorował: musisz mieć nad nimi opiekę, bo jesteś nasz. Oczywiście pokrzyczcie, pośmiejcie się, lecz żadnej burdy… Pamiętaj, to na tobie spoczywa odpowiedzialność za kolegów!!! Nie muszę opisywać swojej miny, podobnie kolegów, którym zacytowałem słowa milicjanta z uzasadnieniem, że mają mnie słuchać. Już z ciekawości wyjąłem legitymację szkolną by uważniej się jej przyjrzeć – z podtekstem: cóż takiego wyczytał w niej funkcjonariusz? W pewnym momencie kolega podpierając się słowami Archimedesa – eureka, wyjaśnił. Na przystawionej w legitymacji pieczątce, jak byk stał skrót KWB – czytaj Kopalnia Węgla Brunatnego, zapewnie mundurowemu poprzestawiały się literki i odczytał KBW- Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego, acha… i to dlatego byłem ich.

W latach, o których wspominam stałym punktem w radiu była muzyczna audycja: Wędrówki z Kolbergiem po kraju. W naszym przypadku wędrówki oznaczały przemieszczanie się Auto – Stopem i właśnie tym sposobem przejechaliśmy i to nie jeden raz wszerz i wzdłuż wybrzeże. Zatem idźmy dalej młodzi przyjaciele i w kolejne wakacje zaplanowaliśmy wyprawę na Węgry – oczywiście Auto -Stopem. Wyposażeni we wkładki paszportowe umożliwiające podróże po krajach „demoludu”, forinty, oraz korony bieżąc skrótem przekroczyliśmy granicę pomiędzy ówczesną Czechosłowacją, a Węgrami w miejscowości Komarom, by kolejno rozbić namiot na kempingu w Budapeszcie. W 1972 roku w Polsce dochodziło do dużych zmian i dla porównania wymieniając 1000 zł- połowa ówczesnej pensji, można było uzyskać około 35000 forintów, co stanowiło średnie wynagrodzenie na Węgrzech. Stąd dumni finansowej „wyższości” któregoś dnia znaleźliśmy się na wzgórzu Zamku Królewskiego w Budapeszcie. Wędrując po jego „zakamarkach” do naszych uszu doleciała muzyka i za pomocą usznych radarów… dotarliśmy do źródła dźwięku. Było to nasze pierwsze muzyczne „doświadczenie” w kraju „bratanków”. O ile podczas dyskoteki na sopockim Non – Stopie mogło się bawić około 100 osób, to na budapesztańskim wzgórzu zgromadziło się z dziesięć lub dwadzieścia razy więcej. To właśnie w tym miejscu poznałem i słuchałem koncertów zespołu „Omega” oraz „Lokomotiv”. Wówczas po raz pierwszy doświatczyłem, że muzykę można podeprzeć efektami świetlnymi, oraz pirotechnicznymi. Dla dzisiejszych fanów to chleb powszedni, a półwieku temu staliśmy zamurowani i urzeczeni ubranym w przytoczone powyżej efekty utworem „Omegi” pt. „Győngyhajů lăny”, – czytaj „Dziewczyna o perłowych włosach”…, a wielokrotnie powtarzany refren tej piosenki – w tym acapella posiłkując się młodzieżowym slangiem trzymał nas „z opadniętymi koparami”. Idąc za muzycznym ciosem któregoś dnia okazjonalnie odwiedziliśmy sklep muzyczny przy ulicy Rakoczi Utca. I tu kolejny cios, bowiem na półkach leżały do nabycia płyty „Led Zepelin” z między innymi utworem „Whole Lotta Lov”, Deep Purple z „Child in Time”, czy czarny krążek „Omegi ”z „Dziewczyną o perłowych…”. Co prawda ceny płyt, jak na warunki węgierskie, były spore, ale nas… Pomijając ścieżkę mamony irytowało nas, że w Polsce tylko Baltona, czy Pewex lub „czarny” rynek, są dystrybutorami nadmienionych czarnych krążków. O dostępnej formie sprzedaży muzycznych pocztówek, np. u „pani Puchalskiej” na wszechobecne gramofony „Bambino” nie wspomnę.

Od zawsze każdą wyprawę w sposób perfekcyjny dopracowaliśmy od strony logistycznej. W Polsce od daty moich pierwszych wspomnieniowych wędrówek zmieniło się bardzo dużo, jednak nie mogliśmy pojąć, dlaczego w sferze np. muzycznej Węgrzy są tak daleko przed nami. I tu nie chodzi o poziom artystyczny, bowiem mogliśmy się pochwalić sporą, oraz różnorodną światowej klasy liczbą wykonawców, lecz o niespotykaną oprawą występów, czy dostępność do artykułów fonograficznych…, o syfonach na naboje przemilczę. Mawiają: podróże kształcą, zatem i my się uczyliśmy:- za co wszystkim, z którymi pobierałem naukę bardzo dziękuję.

Tadeusz Kowalczykiewicz